środa, 18 września 2013

Noszę Twoją emeryturę, ustąp mi miejsca proszę



Czas leci szybko. Udowodniły mi to spodnie ciążowe, które w zastraszająco szybkim tempie stały się idealnie dopasowane na moje dupsko. 9 miesiąc huknął głośniej niż Abecadło wg Tuwima. Nagle ja, ta która była w stanie przejść szybkim krokiem plażą z Brzeźna do Gdyni, zaczęłam łapać zadyszkę po kilku schodkach i to bynajmniej nie dlatego że przez całą ciążę leżałam odłogiem. Gimnastyka i regularne spacery wcale nie pomogły, oj nie. Zasapana, opierając się obiema rękami o balustradę schodów za każdym razem zastanawiałam się „o co kaman?”. Winowajcą okazał się być on - wielki, mierzący 120 cm, napompowany do granic możliwości, czasem miarowo podskakujący, gdy małej zdarzała się czkawka, czasem gładki jak balon, a czasem cały w pagórkach i dolinach, gdy moja lokatorka rozpychała się wszystkim czym mogła, aby wyraźnie dać światu do zrozumienia, że apartament się jej nie podoba, brzuch. Naprawdę wielki i ciężki. Nie wiem, jakim sposobem, ale gdy wybierałam się na spacer, wychodząc z domu zawsze zapominałam, że go mam. Tak, tak, ciężarnej zdarza się zapomnieć, że jest w ciąży. Nie tylko zresztą zadyszka przypominała, że odmienny stan jest moim teraźniejszym naturalnym stanem. Gotowanie – obieram marchewkę i nagle czuję, że lecę w dół. Ups, zrobiło się słabo, ot tak. Zmywanie – stoję nad zlewem i nawet nie orientuję się, w którym momencie zaczynam się opierać bokiem o ścianę, żeby nie polecieć. Czytanie książki – poranek, siedzę na krześle, czytam, bo dawno nie czytałam i zasypiam, mimo że wstałam 2 godziny temu. Nawet rozwieszanie prania i robienie makijażu stało się męczące. Wierzcie mi, przy tym huśtawki nastroju to pikuś. Ile razy budziłam się pełna energii i planowałam sobie cały dzień, aby godzinę później ledwo trzymać kubek z herbatą i gapić się w ścianę.
Już kilka miesięcy temu wychodzenie z domu bez menszowskiej obstawy i butelki wody w torebce stało się ryzykowne. Jednak nie samo spacerowanie okazało się być najniebezpieczniejsze. Koszmarem stało się podróżowanie komunikacją miejską.

Pominę fakt, że w ciepłe dni motorniczy i kierowcy autobusów najczęściej gardzą takim wynalazkiem jak klimatyzacja, a w chłodniejsze dni, które nastały niedawno, większość pasażerów gardzi czymś takim jak świeże powietrze. Do dziś nie wiem, czemu ludzie lubią wąchać swoje i czyjeś wyziewy, poty i inne zapachy, zamiast po prostu uchylić okno. Ale ja nie o tym. Wkraczam do tramwaju, przechodzę przez prawie cały wagon i widzę, jak nagle dla większości pasażerów widok za oknem staje się czymś naprawdę fascynującym. Kątem oka zauważam także wpatrującego się we mnie mężczyznę, który siedzi na krześle i lustruje mój brzuch. Ja patrzę na faceta i nic, nawet nie drgnął. Odwracam się, kasuję bilet, łapię za barierkę, czuję się rześko, znów zapominam o ciąży i nie myślę o tym, że w ciągu 5 sekund może nagle zrobić mi się słabo. Ktoś mnie łapie za rękę i mówi „Niech pani siądzie”. Patrzę – miejsca ustąpiła mi starsza pani.

Przez całą ciążę, a zwłaszcza od momentu kiedy mój brzuch zaczął być widoczny obserwowałam, jak obcy ludzie będą reagować na mój stan. Z przykrością stwierdzam, że miejsca w komunikacji ustępowały mi tylko i wyłącznie kobiety. Nie raz specjalnie zatrzymywałam się przy mężczyznach i czekałam, aby się przekonać co zrobią. Żaden nie wstał.

Dzisiaj w tramwaju miejsca znów ustąpiła mi kobieta. Podziękowałam i usiadłam, a ona uśmiechnęła się do mnie promienie i rzuciła „Ciężko już, co?”. Tak, ciężko. Nigdy wcześniej nie przypuszczałam, że ciąża jest tak upierdliwym stanem. Stanem, w którym samopoczucie zmienia się jak w kalejdoskopie, kręgosłup boli, stopy puchną, robi się słabo, jakby ktoś spuszczał ze mnie kilka litrów krwi, momentami chce się płakać z tego nagłego zmęczenia. I to niestety nie fanaberia, ani wymysł, tak naprawdę jest.

Wpisałam w google „ustąp miejsca ciężarnej”. 59 tysięcy wyników. Okazuje się, że w Polsce co roku są organizowane akcje mające na celu uczulić współpasażerów, że nam, ciężarnym jest naprawdę ciężko i potrzebujemy wsparcia. Co roku akcja i jak widzę – co roku z marnym efektem. Zaczęłam się zastanawiać, na czym polega problem. Okej – dostrzegam drugą stronę medalu. Często jest tak, że wracamy z pracy, jesteśmy cholernie zmęczeni i chcemy, aby cały świat dał nam spokój. Ja naprawdę to rozumiem, bo nie raz też tak się czułam i zmęczona zasypiałam na autobusowym krześle. Ciężko jednak założyć, że cały autobus/tramwaj jest cholernie zmęczony.

A oto jakie podejście mają niektórzy pasażerowie. - Tym kobietom ciężarnym to się poprzestawiało we łbach – myślą, że się im wszystko należy, tylko z tego względu, że są w ciąży (jak by to wymagało nie wiadomo jakiego wysiłku czy zdolności). Miejsce w kolejce, w autobusie – przecież taka na pewno nie pracuje, tylko na zwolnieniu siedzi, to jej się chyba nie spieszy, a jak się tak źle czuje, to po co w ogóle z domu wychodzi! – wyrokuje Anty.” (http://blog.onet.pl/42220,archiwum_goracy.html )


Niestety odnoszę wrażenie, że dużo ludzi ma takie podejście. Uważają, że kobiety w ciąży mają roszczeniową postawę. A wcale tak nie jest. Sama, mimo że należę do ludzi wyszczekanych, wielokrotnie stałam w kolejce, nie domagałam się pierwszeństwa, nie prosiłam o ustąpienie miejsca, mimo że dla własnego bezpieczeństwa powinnam. Przegrzebałam sieć i wczytałam się w komentarze ciężarnych – wiele z nas nie umie asertywnie podejść do tematu i poprosić. Większość z nas nie chce robić kłopotu ani sobie, ani innym ludziom. Powiedziałabym, że kobiety w ciąży to zmiękczone hormonami miłe istoty, które nie skrzywdziłyby nawet muchy. A ciąża to naprawdę często niewygodny stan, na który nie mamy wpływu i potrzebujemy wsparcia. Dlatego kochani, apeluję, nie bądźcie tak totalnie znieczuleni – ustępujcie miejsca ciężarnym, w końcu noszą Waszą emeryturę! ;)


PS. Jako smaczek, wrzucam link do wypowiedzi feministycznych wariatek -> http://wielodzietni.org/discussion/782/feministki-oburzone-prokobieca-kampania-spoleczna/p1