Dziś Cecylia skończyła 5 miesięcy. Dziś i ja skończyłam 5 miesięcy. 5 miesięcy nowego życia.
W ciągu tych 5 miesięcy przeżyłam chyba cały wachlarz emocji, od radości i szczęścia po frustrację i rozpacz. Początki wcale nie były bajeczne, jak to jest opisane w wielu artykułach. Wręcz przeciwnie - zmęczenie dopełniane było poczuciem braku niezależności. Czułam się jak niewolnik, który przez 24 godziny musi spełniać oczekiwania swojego nowego właściciela. Nie mogłam się pogodzić z faktem, że nie mogę już czytać książek kiedy chcę, wyjść kiedy chcę, zjeść kiedy chcę, spać ile chcę i robić co chcę. Postrzegałam to jako osobistą tragedię. Zostałam podporządkowana 3-kilogramowemu niemowlakowi, który zawładnął każdym aspektem mojego życia. I tak - otarłam się o depresję - kopałam łóżko ze złości, waliłam rękami w ścianę z rozpaczy, wyłam ze zmęczenia, patrzyłam na swoje dziecko i pytałam je po raz setny “Dlaczego znowu płaczesz do cholery?!”. Opętała mnie myśl, że nie nadaję się na matkę i że pakowanie się w macierzyństwo było totalną pomyłką. Czasem nawet myślałam o śmierci. Słabo co nie?
Spotkałam się ze oceniającymi spojrzeniami pełnymi potępienia pt. “Wpadłaś, ale siara, zjebałaś sobie życie, wstydziłabyś się”, spotkałam się z uwagami typu “Nie wyobrażam sobie, aby mieć dziecko w tym wieku”, ale spotkałam się także ze ciepłymi słowami wsparcia, a także podziwu. Czy to miało jakikolwiek wpływ na moje samopoczucie i podejście do macierzyństwa? Nie, w ogóle. Jasne, nie jest fajnie słyszeć przykre słowa, ale nie o to chodzi.
W ciągu tych pierwszych miesięcy zdarzało mi się narzekać, że nie mogę wyjść kiedy chcę wieczorem na imprezę. W końcu jednak udało mi się sobie uświadomić - takie imprezy nigdy mnie nie kręciły. Narzekałam nawet na to, że nie mogę się wysikać kiedy chcę, bo dziecko wyje. Okazuje się, że to nie wcale dziecko wyło, ale wyła moja dusza, która nie chciała się dostosować do sytuacji. Monsz mi powiedział “Co z tego, że mała płacze. Jeśli chwilę popłacze to nic jej się nie stanie.” No właśnie. Płaczące dziecko było tylko wymówką, żeby użalać się nad sobą. Patrzyłam na siebie z pozycji tych ludzi, którzy mnie oceniali, zamiast spróbować odnaleźć się w swoim nowym życiu. W końcu dotarło do mnie, że nie powinnam sobie powtarzać “Nawarzyłaś sobie piwa, to teraz uczyń je zdatnym do wypicia”, tylko “Nawarzyłaś piwa, jest genialne, wypij je i nalej sobie jeszcze”. Wyluzowałam i przesiadłam się na wyższe krzesełko, by mieć większe pole widzenia - na krzesełko matki, która ma niepowtarzalną możliwość dawania życia i kształtowania go. Długo mi to zajęło, ale przestałam się denerwować płaczem małej, irytować koniecznością przewinięcia 10 pieluchy tego samego dnia, jęczeć na konieczność nakarmienia małej o 5 nad ranem. I wiecie co najlepsze? Mała przestała tyle płakać. “Szczęśliwa matka, to szczęśliwe dziecko” ktoś powiedział. Miał rację.
Dzięki swojej córce nauczyłam się cieszyć nie tylko z jej małych osiągnięć i uśmiechów, ale z małych rzeczy, których w codziennym biegu nie zauważamy - ze smacznej kawy do śniadania, spokojnego dnia, dobrej książki, rozmów z innymi ludźmi, tego że udało mi się pomalować paznokcie i ogolić nogi. Tego że mam wspaniałego Mensza, cudowne dziecko i spokojne życie. Mam co jeść, jesteśmy zdrowi i mamy możliwości aż po horyzont. Brzmię jak Paulo Coehlo? Możliwe. Infantylnie, głupio, prozaicznie? Cóż. Rzucę Wam kolejną coehlowską uwagą - życie jest piękne. Doceniajcie je.
Dziękuję swojej córce za to, że pojawiła się w moim życiu. Za to, że przewróciła je do góry nogami, przewartościowała totalnie i zepchnęła stare życie w odległe wspomnienia. Za to że wniosła w moją codzienność ogrom uśmiechu, nauczyła cierpliwości i pomogła się wyciszyć. Dzięki niej wiem już, kim chcę być w przyszłości. Chciałabym być wspaniałą matką, która mimo że popełni jeszcze wiele błędów, będzie dla niej wsparciem, oparciem, zrozumieniem i domem, do którego będzie mogła zawsze wrócić. Znów coehlowsko? Cóż. Dorzucę coś więcej.
Niedawno urodziła się w moim bliskim otoczeniu pewna dziewczynka. Dziewczynka z ogromną determinacją i siłą do życia. Urodziła się ciężko chora, a mimo tego wyrwała się śmierci i dochodzi powolutku do siebie. Jej też dziękuję. Dziękuję za to że jest taka silna, za to że nauczyła nas wszystkich pokory do życia i cieszenia się z każdej chwili w dniu. Przy niej nauczyłam się, że jutra może nie być, albo może być takie że lepiej by go nie było.
Nauczyła mnie, aby każdy dzień zaczynać uśmiechem, kochać ten dzień i kochać swoich bliskich. Kochać ich mocno i nie zapominać zapewniać ich o tej miłości.
Boję się pomyśleć, czego nauczą mnie jeszcze ;)


