poniedziałek, 17 marca 2014

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.







Dziś Cecylia skończyła 5 miesięcy. Dziś i ja skończyłam 5 miesięcy. 5 miesięcy nowego życia.
W ciągu tych 5 miesięcy przeżyłam chyba cały wachlarz emocji, od radości i szczęścia po frustrację i rozpacz. Początki wcale nie były bajeczne, jak to jest opisane w wielu artykułach. Wręcz przeciwnie - zmęczenie dopełniane było poczuciem braku niezależności. Czułam się jak niewolnik, który przez 24 godziny musi spełniać oczekiwania swojego nowego właściciela. Nie mogłam się pogodzić z faktem, że nie mogę już czytać książek kiedy chcę, wyjść kiedy chcę, zjeść kiedy chcę, spać ile chcę i robić co chcę. Postrzegałam to jako osobistą tragedię. Zostałam podporządkowana 3-kilogramowemu niemowlakowi, który zawładnął każdym aspektem mojego życia. I tak - otarłam się o depresję - kopałam łóżko ze złości, waliłam rękami w ścianę z rozpaczy, wyłam ze zmęczenia, patrzyłam na swoje dziecko i pytałam je po raz setny “Dlaczego znowu płaczesz do cholery?!”. Opętała mnie myśl, że nie nadaję się na matkę i że pakowanie się w macierzyństwo było totalną pomyłką. Czasem nawet myślałam o śmierci. Słabo co nie?

Spotkałam się ze oceniającymi spojrzeniami pełnymi potępienia pt. “Wpadłaś, ale siara, zjebałaś sobie życie, wstydziłabyś się”, spotkałam się z uwagami typu “Nie wyobrażam sobie, aby mieć dziecko w tym wieku”, ale spotkałam się także ze ciepłymi słowami wsparcia, a także podziwu. Czy to miało jakikolwiek wpływ na moje samopoczucie i podejście do macierzyństwa? Nie, w ogóle. Jasne, nie jest fajnie słyszeć przykre słowa, ale nie o to chodzi.

W ciągu tych pierwszych miesięcy zdarzało mi się narzekać, że nie mogę wyjść kiedy chcę wieczorem na imprezę. W końcu jednak udało mi się sobie uświadomić - takie imprezy nigdy mnie nie kręciły. Narzekałam nawet na to, że nie mogę się wysikać kiedy chcę, bo dziecko wyje. Okazuje się, że to nie wcale dziecko wyło, ale wyła moja dusza, która nie chciała się dostosować do sytuacji. Monsz mi powiedział “Co z tego, że mała płacze. Jeśli chwilę popłacze to nic jej się nie stanie.” No właśnie. Płaczące dziecko było tylko wymówką, żeby użalać się nad sobą. Patrzyłam na siebie z pozycji tych ludzi, którzy mnie oceniali, zamiast spróbować odnaleźć się w swoim nowym życiu. W końcu dotarło do mnie, że nie powinnam sobie powtarzać “Nawarzyłaś sobie piwa, to teraz uczyń je zdatnym do wypicia”, tylko “Nawarzyłaś piwa, jest genialne, wypij je i nalej sobie jeszcze”. Wyluzowałam i przesiadłam się na wyższe krzesełko, by mieć większe pole widzenia - na krzesełko matki, która ma niepowtarzalną możliwość dawania życia i kształtowania go. Długo mi to zajęło, ale przestałam się denerwować płaczem małej, irytować koniecznością przewinięcia 10 pieluchy tego samego dnia, jęczeć na konieczność nakarmienia małej o 5 nad ranem. I wiecie co najlepsze? Mała przestała tyle płakać. “Szczęśliwa matka, to szczęśliwe dziecko” ktoś powiedział. Miał rację.


Dzięki swojej córce nauczyłam się cieszyć nie tylko z jej małych osiągnięć i uśmiechów, ale z małych rzeczy, których w codziennym biegu nie zauważamy - ze smacznej kawy do śniadania, spokojnego dnia, dobrej książki, rozmów z innymi ludźmi, tego że udało mi się pomalować paznokcie i ogolić nogi. Tego że mam wspaniałego Mensza, cudowne dziecko i spokojne życie. Mam co jeść, jesteśmy zdrowi i mamy możliwości aż po horyzont. Brzmię jak Paulo Coehlo? Możliwe. Infantylnie, głupio, prozaicznie? Cóż. Rzucę Wam kolejną coehlowską uwagą - życie jest piękne. Doceniajcie je.


Dziękuję swojej córce za to, że pojawiła się w moim życiu. Za to, że przewróciła je do góry nogami, przewartościowała totalnie i zepchnęła stare życie w odległe wspomnienia. Za to że wniosła w moją codzienność ogrom uśmiechu, nauczyła cierpliwości i pomogła się wyciszyć. Dzięki niej wiem już, kim chcę być w przyszłości. Chciałabym być wspaniałą matką, która mimo że popełni jeszcze wiele błędów, będzie dla niej wsparciem, oparciem, zrozumieniem i domem, do którego będzie mogła zawsze wrócić. Znów coehlowsko? Cóż. Dorzucę coś więcej.


Niedawno urodziła się w moim bliskim otoczeniu pewna dziewczynka. Dziewczynka z ogromną determinacją i siłą do życia. Urodziła się ciężko chora, a mimo tego wyrwała się śmierci i dochodzi powolutku do siebie. Jej też dziękuję. Dziękuję za to że jest taka silna, za to że nauczyła nas wszystkich pokory do życia i cieszenia się z każdej chwili w dniu. Przy niej nauczyłam się, że jutra może nie być, albo może być takie że lepiej by go nie było.
Nauczyła mnie, aby każdy dzień zaczynać uśmiechem, kochać ten dzień i kochać swoich bliskich. Kochać ich mocno i nie zapominać zapewniać ich o tej miłości.

Boję się pomyśleć, czego nauczą mnie jeszcze ;)

środa, 18 września 2013

Noszę Twoją emeryturę, ustąp mi miejsca proszę



Czas leci szybko. Udowodniły mi to spodnie ciążowe, które w zastraszająco szybkim tempie stały się idealnie dopasowane na moje dupsko. 9 miesiąc huknął głośniej niż Abecadło wg Tuwima. Nagle ja, ta która była w stanie przejść szybkim krokiem plażą z Brzeźna do Gdyni, zaczęłam łapać zadyszkę po kilku schodkach i to bynajmniej nie dlatego że przez całą ciążę leżałam odłogiem. Gimnastyka i regularne spacery wcale nie pomogły, oj nie. Zasapana, opierając się obiema rękami o balustradę schodów za każdym razem zastanawiałam się „o co kaman?”. Winowajcą okazał się być on - wielki, mierzący 120 cm, napompowany do granic możliwości, czasem miarowo podskakujący, gdy małej zdarzała się czkawka, czasem gładki jak balon, a czasem cały w pagórkach i dolinach, gdy moja lokatorka rozpychała się wszystkim czym mogła, aby wyraźnie dać światu do zrozumienia, że apartament się jej nie podoba, brzuch. Naprawdę wielki i ciężki. Nie wiem, jakim sposobem, ale gdy wybierałam się na spacer, wychodząc z domu zawsze zapominałam, że go mam. Tak, tak, ciężarnej zdarza się zapomnieć, że jest w ciąży. Nie tylko zresztą zadyszka przypominała, że odmienny stan jest moim teraźniejszym naturalnym stanem. Gotowanie – obieram marchewkę i nagle czuję, że lecę w dół. Ups, zrobiło się słabo, ot tak. Zmywanie – stoję nad zlewem i nawet nie orientuję się, w którym momencie zaczynam się opierać bokiem o ścianę, żeby nie polecieć. Czytanie książki – poranek, siedzę na krześle, czytam, bo dawno nie czytałam i zasypiam, mimo że wstałam 2 godziny temu. Nawet rozwieszanie prania i robienie makijażu stało się męczące. Wierzcie mi, przy tym huśtawki nastroju to pikuś. Ile razy budziłam się pełna energii i planowałam sobie cały dzień, aby godzinę później ledwo trzymać kubek z herbatą i gapić się w ścianę.
Już kilka miesięcy temu wychodzenie z domu bez menszowskiej obstawy i butelki wody w torebce stało się ryzykowne. Jednak nie samo spacerowanie okazało się być najniebezpieczniejsze. Koszmarem stało się podróżowanie komunikacją miejską.

Pominę fakt, że w ciepłe dni motorniczy i kierowcy autobusów najczęściej gardzą takim wynalazkiem jak klimatyzacja, a w chłodniejsze dni, które nastały niedawno, większość pasażerów gardzi czymś takim jak świeże powietrze. Do dziś nie wiem, czemu ludzie lubią wąchać swoje i czyjeś wyziewy, poty i inne zapachy, zamiast po prostu uchylić okno. Ale ja nie o tym. Wkraczam do tramwaju, przechodzę przez prawie cały wagon i widzę, jak nagle dla większości pasażerów widok za oknem staje się czymś naprawdę fascynującym. Kątem oka zauważam także wpatrującego się we mnie mężczyznę, który siedzi na krześle i lustruje mój brzuch. Ja patrzę na faceta i nic, nawet nie drgnął. Odwracam się, kasuję bilet, łapię za barierkę, czuję się rześko, znów zapominam o ciąży i nie myślę o tym, że w ciągu 5 sekund może nagle zrobić mi się słabo. Ktoś mnie łapie za rękę i mówi „Niech pani siądzie”. Patrzę – miejsca ustąpiła mi starsza pani.

Przez całą ciążę, a zwłaszcza od momentu kiedy mój brzuch zaczął być widoczny obserwowałam, jak obcy ludzie będą reagować na mój stan. Z przykrością stwierdzam, że miejsca w komunikacji ustępowały mi tylko i wyłącznie kobiety. Nie raz specjalnie zatrzymywałam się przy mężczyznach i czekałam, aby się przekonać co zrobią. Żaden nie wstał.

Dzisiaj w tramwaju miejsca znów ustąpiła mi kobieta. Podziękowałam i usiadłam, a ona uśmiechnęła się do mnie promienie i rzuciła „Ciężko już, co?”. Tak, ciężko. Nigdy wcześniej nie przypuszczałam, że ciąża jest tak upierdliwym stanem. Stanem, w którym samopoczucie zmienia się jak w kalejdoskopie, kręgosłup boli, stopy puchną, robi się słabo, jakby ktoś spuszczał ze mnie kilka litrów krwi, momentami chce się płakać z tego nagłego zmęczenia. I to niestety nie fanaberia, ani wymysł, tak naprawdę jest.

Wpisałam w google „ustąp miejsca ciężarnej”. 59 tysięcy wyników. Okazuje się, że w Polsce co roku są organizowane akcje mające na celu uczulić współpasażerów, że nam, ciężarnym jest naprawdę ciężko i potrzebujemy wsparcia. Co roku akcja i jak widzę – co roku z marnym efektem. Zaczęłam się zastanawiać, na czym polega problem. Okej – dostrzegam drugą stronę medalu. Często jest tak, że wracamy z pracy, jesteśmy cholernie zmęczeni i chcemy, aby cały świat dał nam spokój. Ja naprawdę to rozumiem, bo nie raz też tak się czułam i zmęczona zasypiałam na autobusowym krześle. Ciężko jednak założyć, że cały autobus/tramwaj jest cholernie zmęczony.

A oto jakie podejście mają niektórzy pasażerowie. - Tym kobietom ciężarnym to się poprzestawiało we łbach – myślą, że się im wszystko należy, tylko z tego względu, że są w ciąży (jak by to wymagało nie wiadomo jakiego wysiłku czy zdolności). Miejsce w kolejce, w autobusie – przecież taka na pewno nie pracuje, tylko na zwolnieniu siedzi, to jej się chyba nie spieszy, a jak się tak źle czuje, to po co w ogóle z domu wychodzi! – wyrokuje Anty.” (http://blog.onet.pl/42220,archiwum_goracy.html )


Niestety odnoszę wrażenie, że dużo ludzi ma takie podejście. Uważają, że kobiety w ciąży mają roszczeniową postawę. A wcale tak nie jest. Sama, mimo że należę do ludzi wyszczekanych, wielokrotnie stałam w kolejce, nie domagałam się pierwszeństwa, nie prosiłam o ustąpienie miejsca, mimo że dla własnego bezpieczeństwa powinnam. Przegrzebałam sieć i wczytałam się w komentarze ciężarnych – wiele z nas nie umie asertywnie podejść do tematu i poprosić. Większość z nas nie chce robić kłopotu ani sobie, ani innym ludziom. Powiedziałabym, że kobiety w ciąży to zmiękczone hormonami miłe istoty, które nie skrzywdziłyby nawet muchy. A ciąża to naprawdę często niewygodny stan, na który nie mamy wpływu i potrzebujemy wsparcia. Dlatego kochani, apeluję, nie bądźcie tak totalnie znieczuleni – ustępujcie miejsca ciężarnym, w końcu noszą Waszą emeryturę! ;)


PS. Jako smaczek, wrzucam link do wypowiedzi feministycznych wariatek -> http://wielodzietni.org/discussion/782/feministki-oburzone-prokobieca-kampania-spoleczna/p1

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Dwie kreski.



Dwie kreski zmieniają życie. Przeciętna kobieta, która nie ma opracowanego 10-stopniowego planu na zajście w ciąże, robi test dla świętego spokoju. Okres się spóźnia 6 dni? No to czas najwyższy się upewnić, że wszystko jest w porządku i że to tylko tradycyjny wpływ pogody i cykli księżyca. Z moim było podobnie. Zrobiłam go wg instrukcji, położyłam na stole, zniknęłam na 5 minut w toalecie i zajęłam się rozczesywaniem włosów, żeby odciągnąć siebie od nerwowego tupania i zerkania co chwilę na to małe, wredne, białe okienko. "Formalność" pomyślałam sobie, gapiąc się w lustro. Kiedy jednak wzięłam test znów do ręki i ujrzałam dwie grube krechy, zapomniałam o formalności. Zaczęłam za to rozglądać się za jakimś włamywaczem, który markerem domalował drugą linię do pierwszej. Jedna kreska - nie jesteś w ciąży. Dwie kreski - jesteś w ciąży. Dwie kreski. O kurwa. Perfidnym włamywaczem były moje siki, które po zmieszaniu z odczynnikiem dały efekt w postaci drugiej kreski. Jeśli ktoś twierdzi, że wszechświat nigdy nie jest w bezruchu, to na serio grubo się myli. Mój się zatrzymał i stał w miejscu przez kilka minut. Ponoć jest tylko jeden moment, kiedy człowiek nie myśli. Dzieje się to w chwili gdy mężczyzna przeżywa orgazm. Wg nauki i mądrości ludowej kobieta nie jest w stanie NIE myśleć. Mój przypadek obala tę teorię. Osiągnęłam w tamtym momencie stan bezmyślności totalnej - siedziałam i gapiłam się w białe okienko. W pewnym momencie naszło mnie, że gdyby domalować dwie poprzeczne kreski, to mogłabym na tym teście pograć w kółko i krzyżyk. Absurd, no nie?
           Moje odczucia w żadnym razie nie przypominały tych opisywanych w słodkich artykułach z kobiecych pisemek. Euforia bliska szaleństwa ze szczęścia? Nie. Z drugiej strony nie była to też czarna rozpacz. Zareagowałam spokojnie, „obco”, myśl o ciąży nie była niemiła, raczej była abstrakcyjna. „Dziwnie patrzeć na Twój mocz” powiedziała moja przyjaciółka, gdy niedługo później pokazałam jej test. Czy jej reakcja była jakaś „nie teges”? Skądże. Ciąża, mimo że naturalna, jest abstrakcją. Abstrakcją, z którą oswajamy się 9 miesięcy.
          W Polsce panuje kult macierzyństwa - zajście w ciążę równa się najpiękniejszej chwili w Twoim życiu. Piękniejszej od pierwszego pocałunku, seksu, randek przy księżycu, zaręczyn, ślubu, pierwszego wypitego piwa, wypalonego jointa, itp., itd. Ciąża jest piękniejsza od wszystkiego. Każdy poradnik i artykuł będzie Ci wmawiać, że w Twoim życiu nie mogło wydarzyć się nic wspanialszego od zajścia w ciążę.
          Mało jednak wciąż się mówi o przeróżnych dolegliwościach i tych fizycznych i psychicznych, z którymi ciężarna ma do czynienia. I tak na przykład huśtawki humorów, które były do tej pory mi obce, stały się czymś kompletnie normalnym. W czasie tych huśtawek ma się różne myśli, także takie, których kobieta się wstydzi. No bo w końcu powinna być szczęśliwa, prawda? Ja się wstydziłam. Długo chodziłam wokoło samej siebie, próbując ułożyć sobie w głowie. Wielokrotnie w ciągu ostatnich miesięcy nazywałam siebie w myślach „wyrodną matką”. Wiele osób wyciągnęłoby w tym momencie chybiony wniosek, że skoro mam 23 lata, to zapewne ciąża jest wpadką i stąd te czarne myśli. Nic bardziej mylnego – nasz maluch był w pełni planowany. Okazało się jednak po prostu, że stawanie się przyszłą matką jest trudniejsze, niż stawanie się dorosłą kobietą.

Od momentu „dwóch kresek” minęło już pięć miesięcy. Przez ten czas dużo czytałam, obserwowałam, rozmyślałam i układałam. Przez długi czas myślałam, że jest coś ze mną nie tak, później jednak się okazało, że podobnych mi kobiet jest mnóstwo. Wiele z nas przeżywa rozterki - raz jest szczęśliwych z powodu ciąży, a raz złorzeczy całemu światu.
- Mówiłam Ci o ciężarówkowym blogu? - zapytałam niedawno moją przyjaciółkę.
- Nope. - odpowiedziała.
- Wymyśliłam sobie, że w ramach mojego nudzenia się, będę prowadzić ciężarówkowego bloga o tym jak to jest być w ciąży, dbać o siebie w ciąży, studiować w ciąży, jak rozwijać zainteresowania w ciąży, jak gotować i jeść w ciąży i jak nie zwariować w ciąży. - przedstawiłam jej swój plan i po chwili dodałam. - A jak bachor się urodzi, to jak być matką, jak dbać o siebie jako matka, jak studiować jako matka, jak rozwijać swoje zainteresowania jako matka i jak nie zwariować jako matka. Takie wiesz, osobiste pomysły i przemyślenia.
- To zacznij od tego jak nie zwariować w ciąży.

Jak poradziła, tak zrobiłam.