Czas leci szybko. Udowodniły mi to
spodnie ciążowe, które w zastraszająco szybkim tempie stały się
idealnie dopasowane na moje dupsko. 9 miesiąc huknął głośniej
niż Abecadło wg Tuwima. Nagle ja, ta która była w stanie przejść
szybkim krokiem plażą z Brzeźna do Gdyni, zaczęłam łapać
zadyszkę po kilku schodkach i to bynajmniej nie dlatego że przez
całą ciążę leżałam odłogiem. Gimnastyka i regularne spacery
wcale nie pomogły, oj nie. Zasapana, opierając się obiema rękami
o balustradę schodów za każdym razem zastanawiałam się „o co
kaman?”. Winowajcą okazał się być on - wielki, mierzący 120
cm, napompowany do granic możliwości, czasem miarowo podskakujący,
gdy małej zdarzała się czkawka, czasem gładki jak balon, a czasem
cały w pagórkach i dolinach, gdy moja lokatorka rozpychała się
wszystkim czym mogła, aby wyraźnie dać światu do zrozumienia, że
apartament się jej nie podoba, brzuch. Naprawdę wielki i ciężki.
Nie wiem, jakim sposobem, ale gdy wybierałam się na spacer,
wychodząc z domu zawsze zapominałam, że go mam. Tak, tak,
ciężarnej zdarza się zapomnieć, że jest w ciąży. Nie tylko
zresztą zadyszka przypominała, że odmienny stan jest moim
teraźniejszym naturalnym stanem. Gotowanie – obieram marchewkę i
nagle czuję, że lecę w dół. Ups, zrobiło się słabo, ot tak.
Zmywanie – stoję nad zlewem i nawet nie orientuję się, w którym
momencie zaczynam się opierać bokiem o ścianę, żeby nie
polecieć. Czytanie książki – poranek, siedzę na krześle,
czytam, bo dawno nie czytałam i zasypiam, mimo że wstałam 2
godziny temu. Nawet rozwieszanie prania i robienie makijażu stało
się męczące. Wierzcie mi, przy tym huśtawki nastroju to pikuś.
Ile razy budziłam się pełna energii i planowałam sobie cały
dzień, aby godzinę później ledwo trzymać kubek z herbatą i
gapić się w ścianę.
Już kilka miesięcy temu wychodzenie z
domu bez menszowskiej obstawy i butelki wody w torebce stało się
ryzykowne. Jednak nie samo spacerowanie okazało się być
najniebezpieczniejsze. Koszmarem stało się podróżowanie
komunikacją miejską.
Pominę fakt, że w ciepłe dni
motorniczy i kierowcy autobusów najczęściej gardzą takim
wynalazkiem jak klimatyzacja, a w chłodniejsze dni, które nastały
niedawno, większość pasażerów gardzi czymś takim jak świeże
powietrze. Do dziś nie wiem, czemu ludzie lubią wąchać swoje i
czyjeś wyziewy, poty i inne zapachy, zamiast po prostu uchylić
okno. Ale ja nie o tym. Wkraczam do tramwaju, przechodzę przez
prawie cały wagon i widzę, jak nagle dla większości pasażerów
widok za oknem staje się czymś naprawdę fascynującym. Kątem oka
zauważam także wpatrującego się we mnie mężczyznę, który
siedzi na krześle i lustruje mój brzuch. Ja patrzę na faceta i
nic, nawet nie drgnął. Odwracam się, kasuję bilet, łapię za
barierkę, czuję się rześko, znów zapominam o ciąży i nie myślę
o tym, że w ciągu 5 sekund może nagle zrobić mi się słabo. Ktoś
mnie łapie za rękę i mówi „Niech pani siądzie”. Patrzę –
miejsca ustąpiła mi starsza pani.
Przez całą ciążę, a zwłaszcza od
momentu kiedy mój brzuch zaczął być widoczny obserwowałam, jak
obcy ludzie będą reagować na mój stan. Z przykrością
stwierdzam, że miejsca w komunikacji ustępowały mi tylko i
wyłącznie kobiety. Nie raz specjalnie zatrzymywałam się przy
mężczyznach i czekałam, aby się przekonać co zrobią. Żaden nie
wstał.
Dzisiaj w tramwaju miejsca znów
ustąpiła mi kobieta. Podziękowałam i usiadłam, a ona uśmiechnęła
się do mnie promienie i rzuciła „Ciężko już, co?”. Tak,
ciężko. Nigdy wcześniej nie przypuszczałam, że ciąża jest tak
upierdliwym stanem. Stanem, w którym samopoczucie zmienia się jak w
kalejdoskopie, kręgosłup boli, stopy puchną, robi się słabo,
jakby ktoś spuszczał ze mnie kilka litrów krwi, momentami chce się
płakać z tego nagłego zmęczenia. I to niestety nie fanaberia, ani
wymysł, tak naprawdę jest.
Wpisałam w google „ustąp miejsca
ciężarnej”. 59 tysięcy wyników. Okazuje się, że w Polsce co
roku są organizowane akcje mające na celu uczulić współpasażerów,
że nam, ciężarnym jest naprawdę ciężko i potrzebujemy wsparcia.
Co roku akcja i jak widzę – co roku z marnym efektem. Zaczęłam
się zastanawiać, na czym polega problem. Okej – dostrzegam drugą
stronę medalu. Często jest tak, że wracamy z pracy, jesteśmy
cholernie zmęczeni i chcemy, aby cały świat dał nam spokój. Ja
naprawdę to rozumiem, bo nie raz też tak się czułam i zmęczona
zasypiałam na autobusowym krześle. Ciężko jednak założyć, że
cały autobus/tramwaj jest cholernie zmęczony.
„A
oto jakie podejście mają niektórzy pasażerowie. - Tym kobietom
ciężarnym to się poprzestawiało we łbach – myślą, że się
im wszystko należy, tylko z tego względu, że są w ciąży (jak by
to wymagało nie wiadomo jakiego wysiłku czy zdolności). Miejsce w
kolejce, w autobusie – przecież taka na pewno nie pracuje, tylko
na zwolnieniu siedzi, to jej się chyba nie spieszy, a jak się tak
źle czuje, to po co w ogóle z domu wychodzi! – wyrokuje Anty.”
(http://blog.onet.pl/42220,archiwum_goracy.html
)
Niestety
odnoszę wrażenie, że dużo ludzi ma takie podejście. Uważają,
że kobiety w ciąży mają roszczeniową postawę. A wcale tak nie
jest. Sama, mimo że należę do ludzi wyszczekanych, wielokrotnie
stałam w kolejce, nie domagałam się pierwszeństwa, nie prosiłam
o ustąpienie miejsca, mimo że dla własnego bezpieczeństwa
powinnam. Przegrzebałam sieć i wczytałam się w komentarze
ciężarnych – wiele z nas nie umie asertywnie podejść do tematu
i poprosić. Większość z nas nie chce robić kłopotu ani sobie,
ani innym ludziom. Powiedziałabym, że kobiety w ciąży to
zmiękczone hormonami miłe istoty, które nie skrzywdziłyby nawet
muchy. A ciąża to naprawdę często niewygodny stan, na który nie
mamy wpływu i potrzebujemy wsparcia. Dlatego kochani, apeluję, nie
bądźcie tak totalnie znieczuleni – ustępujcie miejsca ciężarnym,
w końcu noszą Waszą emeryturę! ;)
PS. Jako smaczek, wrzucam link do wypowiedzi feministycznych wariatek -> http://wielodzietni.org/discussion/782/feministki-oburzone-prokobieca-kampania-spoleczna/p1

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz